poniedziałek, 4 września 2017

That.

"Świat, którego okiem
Człowiek nie dostrzega,
W nim siły złowrogie
Miłość przezwycięża.
W świecie tym powstała
Czarodziejstwa Szkoła,
W której czterech domach
Są jedność i zgoda"
Hymn Quatronum

I znowu nie było mnie pińćset lat, ale jak widać nadal są takie myśli, które mogą zawędrować tylko tutaj. Swoją drogą jest to pierwszy wpis pisany z telefonu, czyste szaleństwo. Ale do rzeczy.

Chciałam dziś powiedzieć trochę o marzeniach i szeroko rozumianym spełnieniu. Ponieważ moje życie obrało aktualnie takie tory, że spełniam jedno marzenie po drugim i buduje swoje szczęście jak umiem najlepiej. Ale jak wiadomo, stara zasada mówi - jak jest za dobrze, to coś musi zgrzytać. No i dziś o tym spełnieniu, ale i o zgrzytach.

Przede wszystkim jestem w stałym, cudownym związku, który nie tylko rozwija mnie na mój prywatny sposób, ale i stawia przede mną nowe wyzwania, w którym tworzymy plany na przyszłość, docieramy się nawzajem i cieszymy tym co oboje kochamy. Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.



Poza tym, choć nie takich całkiem najbliźszych, mam cudownych przyjaciół, którzy wiem, że zawsze w razie czego będą gdzieś dla mnie. Piątek, Dominika, Ania, Fres, to o was <3



Zaczęłam dużo rozsądniej dobierać ubiór oraz dbać o wygląd. Niby nic, ale dobrze jest wiedziec kiedy założyć koszulkę i legginsy, a kiedy wskoczyć w sukienkę i ładne rajtki. Poza tym odżyły moje zniszczone paznokcie, a i usta często podkreślam jakimś kolorem. Czuję się dzięki temu uporządkowaniu dojrzalsza i bardziej kobieca.



Co jest dla mnie bardzo ważne to to, że naprawdę polubiłam swoje studia. Literatura stała się mi dziwnie bliska, a specjalizacja zaczęła przynosić masę satysfakcji i ku mojemu własnemu zdziwieniu już powoli tęsknię za uczelnią. Więc wybór, który z początku wydał się przypadkowy, okazał się być trafiony w punkt. I to jest wspaniałe.

O moich podróżniczych spełnianych marzeniach dowiadujecie się w osobnych postach, więc tylko daję sygnał :3

Poza tym, co może być dla was zabawne, ale dla mnie to nielada osiągnięcie, zaczęłam się w końcu trochę ruszać. Chodziłam jakiś czas na pole dance i zamierzam to jakoś pociągnąć, ale też, mimo moich oporów, mój mężczyzna zaczął namawiać mnie do biegania i tego typu aktywności. W niedzielę Runmageddon, trzymajcie kciuki :3

I cóż mogę powiedzieć, ostatnio spełniło się moje przeogromne marzenie - dostałam pracę w Quatronum i jestem już po swoim pierwszym turnusie jako wychowawca. Spędziłam cudowne chwile w moim ukochanym zamku Czocha, ze świetnymi ludźmi i wspaniałą atmosferą i jeszcze do tego dostałam moją pierwszą wypłatę w życiu. Jestem przeszczęśliwa i dumna z siebie, że o to zawalczyłam :3 Oby więcej turnusów w przyszłości.



No i żeby nie było za fajnie - przejdę do zgrzytów. Oczywiście zgrzyt jest jeden i nosi nazwę - rodzice. Choć usilnie starają się kisić to w sobie, czasem zdarzają im się wybuchy pt. "Jesteś chodzącą porażką". Tak, kiedy ja zaczynam dostrzegać w sobie i swoim obecnym życiu masę plusów i dobrą wizję przyszłości, oni zakładają klapki i widzą tylko to, co sami chcą zobaczyć. Dziś moja mama stwierdziła, tylko dlatego, że spódnica, którą przez chwilę chciałam założyć na praktyki była pognieciona, że nic mnie ostatnio nie obchodzi, ubieram się jak fleja, przyniosę im jutro wstyd wyglądem, a już starczy przecież samo to, że mam praktyki w szkole u nas na wsi, a przecież tak dobrze rokowałam i miałam być sławą na skalę światową. A to niesforna spódnica, kto by pomyślał, że tyle treści się za nią kryje. Było mi przez moment bardzo przykro, bo wiadomo, jak rodzice uważają Cię za porażkę to raczej nie jest za miło, ale potem pomyślałam sobie jak smutne muszą mieć oni życie, skoro ich tak bardzo bolą takie rzeczy. Jak np. to, że jacyś ludzie będą coś o nich gadać. Czy to aż takie ważne? Czy to zaburza mój dzień, moje szczęście? No i już nie mowię o tym, że mogliby wspierać córkę w jej decyzjach, bo o tym dawno przestałam marzyć, ale mogliby chociaż spróbować dostrzec te małe sukcesy, które wymieniłam powyżej. Ale może faktycznie są one istotne tylko dla mnie, a jak będę miała te 50 lat to będę myśleć tak samo, nie wiem. Ale mam nadzieję, że jednak nie będę tak krótkowzroczna.

Dziękuję za wysłuchanie moich przemyśleń. Kochajcie się i cieszcie życiem :3

czwartek, 23 lutego 2017

Fastness.

"Jeśli zmierzysz się z największym lękiem,
Będziesz ścigał niebo 
aż po ocean.
Wtedy coś dzikiego 
wzywa cię do domu"
Translation of "Something wild" by Lindsey Stirling

Miałam się zabrać do tego wpisu już dawno temu, bo opisywać dziś będę wrześniową podróż, którą odbyłam z moim mężczyzną. Jak zobaczyłam, że ostatni wpis dodałam na początku czerwca to aż mi się głupio zrobiło, jak nigdy normalnie :P Jakoś tak za dużo wszystkiego się działo w wakacje, a potem zaczął się bardzo ciężki semestr na studiach i tak to właśnie wyszło. Co nie znaczy, że nie zamierzam nadrobić zaległości i omówić najważniejszych rzeczy z ostatnich miesięcy. A zacznę od podróży moich marzeń :3

~ Wpis będzie długi, ostrzegam! Wszystkie zdjęcia naszego autorstwa :3 ~

Jak zapewne pamiętacie, pierwsze podejście do tripu po polskich zamkach podjęliśmy w Boże Ciało i całkiem fajnie nam to wyszło. Planowaliśmy kolejny taki wypad we wrześniu, jeśli byłby oczywiście względnie wolny. Za cel obraliśmy sobie Dolny Śląsk. Jako, że jest to kopalnia pięknych zamków to musiałam zrobić plan w okrojonej wersji, chciałam zawrzeć w nim jednak najważniejsze dla mnie pozycje. Więc badałam dokładnie mapy, spisy i opisy zamków, żeby wybrać te najbardziej atrakcyjne i opracować wyjazd tak, żeby ze wszystkim się wyrobić i się nie zajechać na śmierć. Ale bez zbędnych wstępów, przechodzę do szczegółowej opowieści :)

Plan zakładał wyjazd w środę, zaraz po poprawkowym egzaminie mojego mężczyzny z histologii (zdał, jest dobrze xD). Jednak nasz wyjazd opóźniła nagła potrzeba wydrukowania biletów wstępu do Zamku Książ, o czym przypomnieliśmy sobie na ostatnią chwilę. I tak ksero na uczelni było nieczynne, inne zlikwidowali, w końcu resztką tuszu wydrukowaliśmy drukarką w mieszkaniu i mogliśmy ruszać w drogę. Jak się potem okazało, biletów nie musieliśmy drukować, mogliśmy je okazać z telefonu, heh. Ale po kolei. Już pierwszego dnia musiałam wykreślić z listy jeden z obiektów, ze względu na opóźnienie wyjazdu. Zatem z przykrością informuję, że nie udało nam się zobaczyć zamku Grodno, jednak jestem pewna, że jeszcze kiedyś to nadrobimy. Wszystkiego niestety nie da się zobaczyć w kilka dni :P Pierwszym celem naszej podróży był więc Zamek Książ, przede wszystkim ze względu na określone godziny zwiedzania. Podróż z Łodzi do okolic Wałbrzycha minęła nam dość szybko i przyjemnie, a perspektywa najbliższych dni pełnych pięknych zabytków napełniała optymizmem. Książ jaki jest każdy widzi. OGROMNY. Ale co za tym idzie, nie każde wnętrze zachwyca. Są owszem piękne pomieszczenia, ale całość jest raczej potraktowana minimalistycznie, zapewne ze względu na rozmiar gmachu.  









Mój kontemplujący mężczyzna :P




Ten sam problem mam z zewnętrznym wyglądem zamku, uwielbiam te fragmenty, gdzie ściany pokryte są kamieniem, przypomina mi to o moim kochanym Zamku Czocha, dokładnie ten sam styl. Natomiast te różowe dobudowane później, czy odnowione miejsca to jest jakaś pomyłka, moim zdaniem kompletnie rujnuje to "aparycję" tego zabytku, choć wnętrza dużo bardziej przywołują czasy pasujące do różowego paskudztwa. Co mogę zaliczyć do plusów zamku to z pewnością ogromne tereny wokół niego. Zobaczyć całość to nie lada wyzwanie, możecie mi wierzyć, jeśli nie byliście. My mieliśmy wykupione, poza zwiedzaniem zamku i terenów obok niego, także zwiedzanie stajni, jednak są one oddalone od obiektu spory kawałek drogi, a w planach było zobaczyć tego dnia jeszcze inny zabytek. Warto też wspomnieć o wielkim atucie dotyczącym samego zwiedzania, otóż jest możliwość wykupienia zwiedzania samodzielnego, bez przewodnika, dzięki umieszczonym na zamku tablicom informującym o danym pomieszczeniu. Świetna sprawa dla mnie, która lubi zwiedzać na własną rękę i czerpać przyjemność z eksplorowania niczym Lara Croft :3 Poza tym blisko zamku możecie zjeść rosołek w przyzwoitej cenie i skorzystać z toalety, oczywiście płatnej. 





  Widok na Książ z punktu widokowego :3

  
Selfie z zameczkiem musi być :3

Następnym celem naszej środowej wyprawy był Stary Książ, jak sama nazwa wskazuje - znajdujący się nieopodal. Są to bardzo urokliwe ruiny, zachowały się spore fragmenty ścian, a nawet zejścia do podziemia, choć w większości zasypane. Mieliśmy spory problem ze znalezieniem zabytku, ponieważ znajduje się on w gęstym lesie, jakiś czas błądziliśmy, ale ostatecznie byliśmy zadowoleni z odkrycia tych małych ruin. Niestety, aparat pozostał w samochodzie, więc zamieszczam kilka fotografii wykonanych telefonem.

Tym zamkiem zakończyliśmy zwiedzanie tego dnia i zjechaliśmy do Szczawna-Zdroju na zakupy i zarezerwowany wcześniej nocleg. Po drobnym problemie z kluczem od pokoju, dostaliśmy lokum i choć ściany były cienkie i słychać było krzyczącą na dzieci matkę z niższego piętra - jakoś daliśmy radę i zasnęliśmy, bo czekał nas czwartek pełen wrażeń od samego rana.
 
Pierwszym przystankiem tego dnia był Zamek Cisy. Ukryte w lesie malownicze ruiny były idealnym rozpoczęciem zwiedzania. Choć dużo bardziej zarośnięte niż Stary Książ, miały o wiele więcej do zaoferowania. Z resztą zobaczcie sami.




 To wcale nie jest reklama!


 "Zrób mi takie ala Tomb Raider!"



Kolejnym przystankiem na naszej zamkowej trasie był Bolków. Zamek dość popularny w Polsce, tak myślę, właściwie są to bardziej chyba zaanektowane ruiny, ponieważ pomieszczeń jako takich wiele tam nie ma. Wstęp płatny niewiele z tego, co pamiętam, dobre miejsce do pospacerowania, dużym atutem jest wieża, na którą można się wspiąć i podziwiać widoki. Poza tym w jednym z pomieszczeń było kilka makiet okolicznych zamków, nie wiem, czy to stała wystawa tam, czy zmieniają co jakiś czas, ale fajny pomysł moim zdaniem.





Zamkiem, który mieliśmy w planie odwiedzić w następnej kolejności były Świny, jednak mogliśmy jedynie obejść ogromne ruiny dookoła, ponieważ są one własnością prywatną i zastaliśmy zamkniętą bramę. Choć wydaje mi się, że w środku jest to zarośnięte na maksa, bo wygląda jakby średnio ktoś o to dbał. A szkoda, kawał zabytku.





 Smuteczek :c

Kolejny obiekt znajdował się w maleńkiej miejscowości o nazwie Lipa. Aby go odnaleźć udaliśmy się do okolicznego spożywczaka i natychmiast uzyskaliśmy informację o położeniu naszej zguby. Co prawda ruinki ulokowane są chyba na terenie prywatnym, jednak nie mieliśmy żadnych trudności ze znalezieniem się w ich pobliżu, poza kilkoma szczekającymi na nas groźnie burkami. Bardzo wartościowy moim zdaniem zabytek zamieszkały jest przez okolicznych panów żulków, na szczęście nie zastaliśmy żadnego z domowników, ale ich liczne skarby zaświadczyły o ich bytności w tym miejscu. Ruiny zdecydowanie warte zobaczenia, nie jest to jedna ściana na krzyż, co zawsze moim zdaniem świadczy o tym, że warto zobaczyć taki obiekt :P



Tego dnia mieliśmy w planach zobaczyć również ruiny w Starej Kraśnicy, jednak w żaden z możliwych sposobów nie potrafiliśmy ich zlokalizować, może następnym razem się uda. Zjechaliśmy zatem wcześniej do Podgórek, gdzie mieliśmy nocować. Wygłodniali zajechaliśmy do jedynego lokalu w tej maleńkiej miejscowości i zjedliśmy najdroższe ryby w naszym życiu, więc bądźcie 
ostrożni xD (Tak, smażalnia ryb na Dolnym Śląsku <3)


Grzechem jest jednak nie opowiedzieć o noclegu jaki znaleźliśmy w Podgórkach w niejakiej Agroturystyce u Profesora. Z całego serca polecam to miejsce wszystkim odwiedzającym. Nie dość, że wysoki standard pokoju i łazienki, jak za taką cenę (nasze wszystkie noclegi kosztowały ok. 80-90 zł za 2 osoby za noc) to jeszcze przewspaniała, miła gospodyni, kuchnia, salon wspólny oraz podwórko do dyspozycji, a na podwórku powitali nas domownicy agroturystyki - uroczy czarny kotek oraz wesoły osiołek Fernando. Ponadto mogliśmy porzucać fisbee, pograć w badmintona i piłkarzyki, ponieważ wszystko to było do użytku gości. A trafiliśmy akurat tak, że w tym czasie w agroturystyce był poza nami tylko jakiś jeden pan, siedzący samotnie w pokoju. Spędziliśmy świetne popołudnie w cudownym miejscu :3



  
Dobrze, że w Agroturystyce udało nam się tak wspaniale wypocząć, ponieważ w piątek czekał nas dzień wspinaczki, zapuściliśmy się bowiem na tereny władane przez Wielkiego Karkonosza. Ale po kolei.
Pierwszym przystankiem tego dnia był Zamek Bolczów. Aby go zdobyć należy wspiąć się na szczyt o wysokości 561 m n.p.m. Nie spodziewałam się takiej wspinaczki z samego rana, ale z dumą zdobyłam ten szczyt, oczywiście jakiś czas po moim mężczyźnie, który niczym kozica pognał przodem. Zabytek zdecydowanie warty zobaczenia, piękne ruiny, a do tego wspaniałe formacje skalne niczym sławetne Pielgrzymy, czy Słoneczniki, choć dużo mniejsze rozmiarem. Niestety, pomimo umiejscowienia zamku, widoków żadnych nie uświadczycie, ponieważ znajduje się on w środku lasu, ale myślę, że sam obiekt dostarcza wystarczająco dużo wrażeń. Ja byłam bardzo mile zaskoczona :3



 Zakazany Las, przez który wiedzie szlak na zamek :3




   
Kolejnym zamkiem, wokół którego się przespacerowaliśmy, były Karpniki. Baaardzo ładnie się ten gmach prezentuje od zewnątrz, jednak do środka wejść nie można, chyba że wykupicie sobie bardzo drogi pokój, ponieważ obecnie zamek ten jest hotelem, który nie zostaje udostępniony do zwiedzania, nad czym bardzo ubolewam i uważam to za troszeczkę niesprawiedliwe. Z jednej strony bardzo się cieszę, że zabytki nie popadają w ruinę i ktoś się nimi porządnie zajął, z drugiej jednak zabieranie ludziom możliwości zobaczenia swojego dziedzictwa kulturowego jest nie do końca w porządku. Ale no nic, tak już jest i to nie pierwszy i nie ostatni taki obiekt. Kilka zdjęć z telefonu, bo aparatu uznałam, że nie warto zabierać. 





 Karpniki były miłą przerwą dla wspinaczki, którą mieliśmy kontynuować przy okazji kolejnego obiektu. A był to Zamek ks. Henryka w Sosnówce, leżące na wzniesieniu malutkie urokliwe ruinki z charakterystyczną wieżą. Niestety, kiedy dotarliśmy na szczyt nikogo nie zastaliśmy, a wejście na wieżę było zamknięte, zatem nie skorzystaliśmy w pełni ze "zwiedzania", ale myślę, że obecność zaliczona, a obiekt warty zobaczenia. W środku zastaliśmy nawet kolorowe jelonki, zapewne pozostałości po jakimś evencie :3



 Widok z parkingu na zbiornik Sosnówka i majaczący w tle szczyt z kolejnym celem naszej podróży ;)



Dwa szczyty jednego dnia to całkiem sporo, ale co powiecie na trzy? Tak, zaraz po Zamku ks. Henryka podjęliśmy się zdobycia sławetnego Zamku Chojnik. Już z parkingu wiedzieliśmy, że droga będzie długa i niełatwa, ale postanowiliśmy się nie poddawać. Szczególnie, że na tym zamku mieliśmy nadzieję kogoś spotkać, ale o tym za chwilę :3 Podczas wspinaczki spotkała nas sytuacja, która do tej pory mnie bawi. Tego dnia zdecydowanie nie wyglądałam jak klasyczny turysta zdobywający wysokogórskie szczyty. Jednak w spódniczce, rajstopkach i balerinach dzielnie wspinałam się już na trzeci szczyt tego dnia. Pochodzę z rodziny, która góry bardzo ceni i stara się je odwiedzać chociaż raz w roku, zatem mimo mojej marnej kondycji i niedopasowanej do sytuacji stylizacji, potrafię chodzić po górach lepiej niż niejeden wymądrzający się Janusz. I taki też się nadarzył. Zastanawialiśmy się, którym szlakiem udać się na szczyt, łatwiejszym, czy trudniejszym. Wtem z pomocą przybył wszechwiedzący ON. Zmierzył mnie wzrokiem i wydał werdykt, iż ta ścieżka jest bardzo stroma i nie poleca. Ubawiłam się niesamowicie, jednak wybraliśmy łatwiejszy szlak, tylko ze względu na to, że był to już trzeci szczyt tego dnia. Ale za to schodziliśmy tym straszliwym szlakiem, który odradzał Janusz i powiem wam, że moje balerinki wcale się nie bały. To były takie typowe bardzo wygodne buty nie do zdarcia, które kosztowały parę groszy. Więc cóż mogę rzec, Janusz może i się upocił, ale ja schodziłam ze szlaku zadowolona, ładnie wyglądająca i moje stopy miały się dobrze, umiem się o nie zatroszczyć :P Wracając do tematu samego zamku, nie byliśmy tam długo, bo i zmęczenie dało o sobie znać i nie jest to typ zamku, gdzie chcesz przesiadywać godzinami i biesiadować, ze względu na swoje położenie jest dość zbity, a turystów multum. Nie ma też tam specjalnie co zwiedzać, ponieważ są to raczej spore ruiny, ale dużym plusem na pewno jest wieża, z której rozciąga się piękny widok na Karkonosze oraz postać Jędrzeja. Pewnie nie znacie Jędrzeja, więc chcę żebyście go właśnie teraz poznali. Jędrzej jest kasztelanem na Zamku Chojnik i bardzo ciekawym człowiekiem z ogromną wiedzą o zamkach. My poznaliśmy Jędrzeja, ponieważ tak się składa, że nagrywa świetne materiały na yotube, w których opowiada właśnie o zamkach, historii, architekturze. Także odsyłam was w tym momencie na krótką randkę z Jędrkiem KLIK, a my przechodzimy do zdjęć.



Widok na zamek z parkingu :3











Jędrzej był tak miły, ze zgodził się zrobić sobie z nami zdjęcie, kiedy poinformowaliśmy go, że oglądamy go na YT :3

Zanim udaliśmy się w kierunku Suchej, gdzie zarezerwowane mieliśmy miejsca noclegowe, zajechaliśmy jeszcze poszukać ruin Rybnicy i znaleźliśmy je właściwie tylko dzięki pomocy mieszkającego obok nich mężczyzny, ponieważ znajdują się one na zalesionym wzniesieniu na terenie prywatnym i są to właściwie dwie ściany i tablica pamiątkowa. Wrzucam więc jedynie zdjęcie tablicy, ponieważ nie ma specjalnie czego innego pokazywać, poza tym zmierzch i zalesienie nie pozwoliły na dobre sfotografowanie ścian. 



 
Wieczorem zjechaliśmy do Leśnej na nocleg. Zmęczenie dopadło nas szybko, więc czas spędzaliśmy leżąc w wyrku i oglądając youtube. Następnego dnia wyruszyliśmy na podbój mojego ukochanego Zamku Czocha, miejsca, w którym spędziłam piękne chwile, dokładnie po 12/13 dni rok w rok przez 5 lat. Pierwszy raz od 2011 roku udałam się na zwiedzanie, więc byłam ciekawa jak wiele się zmieniło w opowieściach przewodników i w sumie to tak jak myślałam - całkiem sporo. Zamek Czocha jest bardzo postępowy i cieszę się, że nie zamyka się tylko na kwestię obsługi hotelowej, ale też organizuje różne imprezy, czy tak jak w moim przypadku - kolonie. Tak samo jest z odkrywaniem nowych sekretów zamku, właścicieele nie ograniczają się do tego co zastali, tylko stale poszukują czegoś więcej, co mogło pozostać w podziemiach zamku. To się ceni. Polecam z całego serca Czochę wszystkim będącym na Dolnym Śląsku, jest to zdecydowanie perełka, nie ma co się dziwić zatem, że turystów pojawia się tam multum. Zdjęć specjalnie nie robiłam, ponieważ znam ten zamek jak własną kieszeń i w moim serduszku zawsze będzie moim domem, więc cyknęłam tylko jedną fotkę, kiedy piliśmy gorącą czekoladę i drugą melancholijną przed zamkiem :P







Wspomnę krótko, że obiekty, które odpuściliśmy sobie tego dnia to Świecie i Płakowice, choć Świecie zdecydowanie będziemy musieli kiedyś nadrobić. Kolejny zabytek, który odwiedziliśmy tego dnia to Zamek Gryf, spore ruiny niedaleko Czochy. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie monstrualne ceny za wejście na teren ruin, który jest ogrodzony i należy do jakiegoś chrześcijańskiego stowarzyszenia, czy czegoś takiego. Mniej więcej tyle ile tam zapłacicie za sam wstęp, tyle samo kosztuje zwiedzanie Czochy z przewodnikiem, także no troszkę przesada za ruiny xD Poza tym sam obiekt robi wrażenie, zachowały się spore fragmenty zamku i przejście po całym terenie zajmuje chwilę czasu, Przy zwiedzaniu towarzyszył nam nawet mały, rudy mieszkaniec lasu, który przemknął na teren zamku niepostrzeżenie :3   


 Lisek :3







Ostatnim przystankiem tego dnia był mój drugi ukochany zamek - Grodziec. Tam spędziłam równie wspaniałe chwile, co i w Czosze, jednak nieco mniej, ponieważ tylko 12 dni każdorazowo przez 3 lata z rzędu. Niestety, pogoda od rana nie dopisywała, a kiedy zmierzaliśmy do Krainy Wygasłych Wulkanów, świat skąpał się w gęstej mgle, a z nieba zaczął padać rzęsisty deszcz. Oczywiście, zamek prezentował się niezwykle klimatycznie, ale było mi przykro, że nie mogłam pokazać mojemu mężczyźnie pięknych widoków z dachu budynku, nie mogliśmy posiedzieć na dziedzińcu i skąpani w słońcu zjeść żurek w bułce (tzn. zjedliśmy żurek w bułce, ale w środku zamku xD). Lapidaria i bastiony straciły swój urok, a nam pozostało tylko cieszyć się wnętrzami zamku i zobaczyć pobieżnie co się dało na zewnątrz. Warto zaznaczyć również, że wokół zamkowych murów znajduje się kilka pięknych ruin, na które również każdy przyjezdny powinien chociaż zerknąć. Tak więc zobaczyliśmy co się dało i przemoczeni do suchej nitki pomknęliśmy ku naszym noclegom w Kruszynie. Zdjęć z Grodźca brak ze względu na pogodę głównie. Ale apropos tego noclegu w Kruszynie to tragedia. Jak wspominałam wcześniej, za każdy nocleg na tym wyjeździe płaciliśmy około 80/90 zł za 2 osoby za noc. Tak też było i w Kruszynie. Ale to jak wyglądały te noclegi to w głowie się nie mieści. Pokoik dostaliśmy maciupeńki, z oddzielnymi łóżkami i skosem, czułam się jak na jakimś szkolnym wyjeździe. Poza tym łazienka była jedna na cztery pokoje, tak samo wspólny salon i kuchnia. Niby okej, ale TA łazienka była straszna. Wchodzę do jednego pomieszczenia z prysznicem - ogromny, czarny pająk. O nie. Wchodzę do drugiego pomieszczenia z prysznicem, rozglądam się za pająkiem, ni ma. Rozkładam się, wchodzę pod prysznic, a tam wielki, czarny ślimak bez skorupki. Oczywiście na luzie się umyłam i okej, ale po prostu standard tego miejsca mnie przeraził. Zimno, ciasno i brudno. Tyle mam do powiedzenia. I teraz zestawić to z takimi Podgórkami, gdzie za tą samą cenę, jeśli nie troszkę niższą, dostaliśmy pobyt marzeń. Co z tego, że na totalnym zadupiu, ten Kruszyn nielepszy, na szczęście w okolicy była restauracja, zjadłam tam pizzę mojego życia i tylko ona uratowała tą noclegową katastrofę.
Pierwotny plan zakładał, że pierwszym przystankiem w niedzielę i wieńczącym cały wyjazd będzie Zamek Kliczków, jednak ostatecznie zmęczenie, przemarznięcie i przemoknięcie (Grodziec, chlip) oraz fakt, że wracając na autostradę, którą przyjechaliśmy z Łodzi będzie nam szybciej i wygodniej wrócić do domu, a Kliczków jest w drugą stronę, zadecydowały, że kończymy naszą podróż. 




Jak oceniam nasz wyjazd?
Wyjazd ten był jak wiecie poniekąd fragmentarycznym spełnieniem mojego marzenia o zwiedzeniu wszystkich polskich zamków, zatem jestem naprawdę szczęśliwa, że się nam udało i że mój mężczyzna podziela mój entuzjazm dla takich rozrywek :P Plusem była zdecydowanie organizacja wyjazdu, ponieważ wszystkim się zajęłam dużo wcześniej, opracowałam trasę, zarezerwowałam noclegi, spisałam ceny biletów wstępów, obliczyłam drogę z jednego obiektu do drugiego i wiele wiele innych. To są ważne rzeczy, bo jestem przekonana, że jakbyśmy spróbowali zrobić to na spontanie to zobaczylibyśmy o połowę mniej i większość czasu spędzili na szukaniu czegokolwiek, co ostatnie skończyłoby się przesiadywaniem w barach. Plusem było tez to, że skoro był to wyjazd w całości przez nas zaplanowany to mieliśmy dużą swobodę. Mogliśmy wykreślić jakiś zamek z listy, jeśli nie mieliśmy już czasu, siły, czy pojawił się problem ze zlokalizowaniem. Na zorganizowanym wyjeździe takich opcji nie ma. No dobra, ale na pewno są też jakieś minusy, powiecie. Jasne, największym minusem jest to, że przez to nasze uparte chodzenie po deszczu w Grodźcu potem dwa tygodnie przeleżałam w łóżku umierając xD Ale szczerze? Absolutnie nie żałuję. A jeśli chodzi o te organizacyjne rzeczy to wiadomo, że największy problem był z jedzeniem, ponieważ jak nie masz tego zagwarantowanego to zawsze jest chaos. Ale tragedii nie było, jakoś sobie poradziliśmy, ciepły posiłek codziennie zjedliśmy i żyjemy do tej pory i bardzo miło wyjazd wspominamy. Mój mężczyzna już przebiera nóżkami od dawna na ten wpis, także wreszcie jest i mówię jak było. A było super!

Także planujcie, wyruszajcie, nie dawajcie się Januszom i uważajcie na ślimaki pod prysznicem!
Ściskam ciepło i mam nadzieję, że widzimy się niedługo, przy okazji innego wpisu :3